i wczoraj gdy wracałam z basenu poźno w noc,
poczułam to,
A K C E P T A C J A
tak to chyba to,
pomieszana trochę ze smutkiem,
akceptacja pustego domu,
długich wieczornych rowerowych eskapad,
pływania i przepływania w sobie,
tego wszystkiego co mam w środku.
to droga,
jakiś zakręt, coś czego się nie spodziewałam,
po sobie.
kilka miesiecy temu zostawiłam za sobą to życie, które mnie gryzło,
ludzi, z którymi nie potrafiłam już rozmawiać na trzeźwo,
zostałam z garstką znajomych,
których i tak wiekszość mieszka daleko.
czuje sie czasami nieswojo jeszcze, gdy przychodzi piatkowy wieczór,
a ja o 22.00 kładę się do łóżka, a włosy pachną jeszcze chlorem,
kiedy nie wiem co mam ze sobą zrobić,
bo chciałabym odpocząć, a trzeba jeszcze tak dużo zrobić
kończy się niedziela, a ja dziękuję Bogu, że jutro jest poniedziałek i idę do pracy,
jakkolwiek nie byłoby dużo jutro zadań, bede wśród ludzi,
bedę potrzebna, będe jakaś.
chciałabym, żeby te weekendy sie zmnieniły,
żebym nie zdziczała, nie oszalała i takie tam.
/wszystko udawało mi się przeplynąć, ale tej tęsknoty się nie da.
już nie chcę. akceptuję.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz